Ilu z Was marzy o wolności, zwłaszcza tej w przestworzach? Ile dalibyście żeby unosić się w powietrzu, nie tylko oczyma wyobraźni? Poznajcie Natalię Jerkiewicz, która od lat realizuje swoje ekstremalne pasje i przenosi doświadczenia z nich czerpane na pracę w nieruchomościach.

Powiedz mi proszę, skąd wzięła się i jak zaczęła Twoja przygoda z lataniem? 

W  zasadzie to nie było w moim życiu jakiegoś zdarzenia, po którym stwierdziłam: tak, chcę latać! Ja się z tą potrzebą już chyba urodziłam. Nogi oderwane od ziemi i podziwianie świata z góry zawsze mnie kręciło, choć nie od zawsze byłam gotowa, by się tego podjąć. Tak naprawdę mój pierwszy lot odbył się w wieku 22 lat, gdy poszłam na kurs szybowcowy. Ten pierwszy lot szybowcem (i pierwszy w ogóle) to był taki strzał euforii, że świat zawirował i tak wiruje do dzisiaj. Z czasem postanowiłam spróbować również innych form „mieszania powietrza” – paralotniarstwa i spadochroniarstwa. Oba kursy zrobiłam w ubiegłym roku.

Rzeczywiście, doznania jakie funduje każdy z tych sportów znacznie się od siebie różnią, pomimo że wszystkie wiążą się z wysokością. Jesteś w stanie je opisać?

Szybowiec jest dość stabilną maszyną. Daje nam „podłogę” pod nogami, świat oglądamy przez szybę, sterujemy przyrządami – prawie jak w samolocie, tyle, że bez silnika. Sztywna konstrukcja szybowca daje duże poczucie stabilności i kontroli, choć nie można tego przeceniać.

Paralotnia to – można powiedzieć – taki szybujący spadochron. Lata poniekąd podobnie jak szybowiec, ale daje bardziej bezpośrednie wrażenia. Wiatr wieje już prosto w twarz, możemy pomachać sobie nóżkami ,mając w tle już tylko ziemię. Samo sterowanie jest mniej skomplikowane, co nie zmienia faktu, że wyrobienie sobie dobrych nawyków również wymaga czasu. Z racji miękkiej konstrukcji skrzydła wszystkie ruchy powietrza czujemy o wiele mocniej.

Spadochroniarstwo zaś dostarcza zdecydowanie najmocniejszych wrażeń. Szybowce i paralotnie odbieram tak na wpół sportowo – wpół romantycznie, a skok to już czysta adrenalina. Wszystko dzieje się bardzo szybko. Przy skoku z 4 kilometrów (z takiej wysokości skakałam) spada się około minuty, po czym na ustalonej wysokości otwieramy spadochron. Tej minuty nie da się porównać z żadną inną – rozcinanie powietrza własnym ciałem z prędkością 200 km/h i ziemia wprost rosnąca w oczach… Powiem tyle – to trzeba przeżyć! Mam za sobą zaledwie 16 skoków, a to dopiero początek drogi. Za każdym razem, gdy tylko pomyślę o skokach, serce mi przyspiesza. Nawet teraz.

Jak bardzo miłość do wolności w przestworzach wpłynęła na to, że zapragnęłaś przylecieć do zespołu Freedomków i realizować się w branży nieruchomości? 

Myślę, że słowo-klucz jest w samej nazwie firmy 🙂 Jako agent mam praktycznie wolną rękę, zwłaszcza jeśli chodzi o sposób i organizację pracy. Mam silne poczucie sprawczości i skuteczne narzędzia w ręku. Ten rynek już od dawna mnie interesował i – co oczywiście nie zabrzmi obiektywnie – tylko strategia sprzedaży freedom przemawia do mojej logiki.

Świadomość, że uwalniam Klientów od problemu, jakim jest niesprzedana nieruchomość, albo znalezienie im tej wymarzonej, daje mi również zwykłą ludzką satysfakcję, że mogłam komuś pomóc. Że w życiu danej osoby czy rodziny zajdą dzięki temu jakieś nowe, pozytywne zmiany. Czasem czuję się jak taki pan na bramce, przerywający ludziom bilety do kolejnego rozdziału życia.

Założę się, że często, będąc wysoko w powietrzu, odczuwałaś strach. Sport taki jak ten z pewnością wyrabia w człowieku pewnego rodzaju pokorę, chociażby przez wzgląd na walkę z nieobliczalnym żywiołem. Czego jeszcze nauczyło cię latanie? 

Z takich kluczowych kwestii na pewno odpowiedzialności. Trzeźwa ocena sytuacji, własnych i cudzych umiejętności oraz duża samodyscyplina są w lataniu koniecznością. Jedno z lotniczych porzekadeł mówi, że „wystartować można, a wylądować trzeba”. Zabawa w powietrzu jest rewelacyjna, ale nie można oddać się beztroskiej radości, kosztem utraty czujności.

Ale najbardziej to latanie uczy chyba cierpliwości. Nie jest tak, że przychodzi się na lotnisko i od razu wsiada w maszynę i wzbija w powietrze. Swoje trzeba odpracować i nieraz swoje odczekać. Tutaj pogoda rozdaje karty – jeśli nagle niebo się zachmurzy albo wiatr się nasili lub zmieni kierunek, możemy mimo poświęconego dnia wcale nie oderwać się od ziemi. Trzeba się przyzwyczaić i „wliczyć w rachunek”, że nie każde przyjście na lotnisko czy startowisko oznacza wzbicie się w powietrze. Czasem już w locie niebo może nas zaskoczyć – prognozy nie są w stanie wszystkiego przewidzieć. Zdarza się, że trzeba wylądować gdzieś daleko poza lotniskiem, w szczerym polu. Różne rzeczy się wtedy dzieją – czasem jest śmiesznie i zabawnie, a czasem bardzo nieprzyjemnie.

Na koniec opowiedz mi proszę o powietrznym doświadczeniu, które najbardziej zapadło Ci w pamięci i najmocniej wpłynęło na to kim teraz jesteś 😉

Zdecydowanie pierwszy skok ze spadochronem. Loty szybowcem czy paralotnią zawsze były powiązane z ogromem euforii, ale strach był raczej umiarkowany. A skoki to było coś, do czego musiałam się psychicznie przełamać. Czułam jednak pod skórą, że jak pokonam ten, tak silny wówczas lęk, to czeka mnie coś nieopisanego… i miałam rację 🙂 Trafiłam na świetnych instruktorów, którzy pomogli mi się tak bardzo nie bać. Niektórzy się śmieją, że pierwszy skok to nic, następne są już tylko gorsze, ale ja się z tym nie zgodzę – z każdym kolejnym czuję coraz więcej radości!

Pragniesz dołączyć do Zespołu, który swoimi dokonaniami i pasjami inspiruje cały rynek? Sprawdź już teraz jak możesz wykorzystać swoje zdolności w pracy pośrednika, klikając TUTAJ. Do zobaczenia! 😉